Tegoroczna zabawa sylwestrowa zapowiadała się wyjątkowo dobrze. Nie żadne tam wykwintne przyjęcie z luksusowym menu czy uroczysty bal w pałacowej sali. Nie. Na szczęście, nie miała to także być kolejna babska posiadówa z sałatką jarzynową i psioczeniem na dalekich od ideału mężczyzn. Nic w tym stylu. W tym roku wybierałam się na firmową zabawę, na zaproszenie mojego ukochanego Jacka.
Jego szef postanowił urządzić dla swoich pracowników niewielką imprezę w przytulnym lokalu blisko centrum miasta. Miały być tańce i dobra muzyka, zimny i ciepły bufet, napoje z bąbelkami lub bez, a także doborowe towarzystwo. A co najważniejsze, nie szłam sama podpierać tam ścian ani z koleżanką przyzwoitką – równie samotną, co sfrustrowaną, jak ja sama. Te czasy już minęły. Bezpowrotnie, mam nadzieję... Na Sylwestra wybierałam się z moim mężczyzną, który na tę okazję zakupił nawet nowy garnitur i krawat w tańczące misie. Dlaczego właśnie taki? Sam nie wiedział, podobno doradziła mu go sprzedawczyni mówiąc, że żonie na pewno się spodoba. Z braku legalnej żony, byłam ja i strasznie mnie ten krawat śmieszył, co przekonywało Jacka, że dokonał dobrego wyboru. On problem garderoby miał już z głowy. W przeciwieństwie do mnie. Gdy tylko zostałam oficjalnie zaproszona jako osoba towarzysząca na sylwestrową noc, wpadłam w panikę. Co ja na siebie włożę? Sto sukien, a każda jak łach – mówią słowa słynnej piosenki, ale mnie się śpiewać nie chciało, raczej płakać. Okazało się bowiem, że jestem zupełnie naga i bosa, znaczy się w przenośni, bo akurat miałam na sobie kilka warstw ubrań, żeby grudniowe wiatry znad Morza Północnego mnie nie przewiały. Zanosiło się więc na sklepowy maraton w poszukiwaniu kreacji godnej mojego księcia z bajki i jego misiowatego krawatu, a także najlepszego Sylwestra w moim życiu.
Oglądanie sklepowych witryn, przymiarki, wybrzydzanie, kręcenie nosem i stany przedzawałowe z powodu cen, trwały przez dwie soboty. W końcu udało mi się znaleźć odpowiednią sukienkę w przyzwoitej nawet cenie, głównie za sprawą sąsiadki Irenki, która postanowiła mi towarzyszyć jako ekspert w dziedzinie mody. Irenka, w latach młodzieńczych, ukończyła kurs krawiecki i od tego czasu była zawsze na bieżąco ze wszystkimi nowinkami ze świata modelek, sukienek i tego, co się w danym sezonie nosi. Z zacięciem, większym chyba niż na kursie, który ukończyła tylko z dostatecznym, studiowała kolorowe magazyny mody, najczęściej u swojej zaprzyjaźnionej fryzjerki, pani Lusi. Tak więc za namową Irenki, dokonałam wreszcie zakupu bordowo-krwistej sukni z minitorebką i koralami w prezencie od Turka, który najwidoczniej chciał już się jak najszybciej pozbyć dwóch natrętnych bab, szeleszczących w obcym mu języku i przerzucających tony sukien, sukienek i garsonek w jego miniaturowym butiku w pobliżu placu Saint Josse. Buty udało nam się dobrać wyjątkowo szybko i bez większego wybrzydzania, co było istnym cudem po przejściach z sukienką. Nie pozostawało mi już nic innego, jak rozchodzenie ich przed imprezą, co z przyjemnością czyniłam, kuśtykając w nich każdego wieczoru po mojej kawalerce, z twarzą w odmładzającej maseczce z ogórka bądź z grubą warstwą kremu liftingującego.
Na sam koniec, już w dzień kończący stary rok, musiałam jeszcze zadbać o włosy i wyjściowy makijaż. I w tej także kwestii zdałam się na radę niezastąpionej sąsiadki Irenki i umówiłam się ze wspomnianą panią Lusią, która ponoć wybornie strzygła i czesała w swoim małym salonie, gdzieś w okolicach Dworca Południowego. I to był straszny błąd! Pani Lusia może i jest doskonałą fryzjerką, ale nie gdy tłum kobiet kłębi się w jej lokaliku, żądając skomplikowanych i wymagających czasu koków, loków, balejaży i kolorów, plotkując ze sobą i rozmawiając tak hałaśliwie, że byłyby w stanie zagłuszyć nawet atak artylerii. Pani Lusia, z wypiekami na twarzy i kroplami potu na czole, uwijała się jak mogła w tym brzęczącym ulu, ale bez pomocy swojej praktykantki, która akurat dzień wcześniej złamała nogę na śliskim chodniku, niewiele mogła zdziałać. Doradziła mi kolor mający rozjaśnić nieco moje włosy i ich lekkie podkręcenie, tak, żebym mogła się pokazać w sylwestrowy wieczór w wymarzonych złotych lokach. Nałożyła mi na chybcika jakąś farbę, po czym kazała patrzeć na zegarek i pognała ratować paniusię w kącie, piszczącą, że suszarka pali jej włosy. Potem jeszcze kilka niewiast domagało się natychmiastowej interwencji naszej mistrzyni nożyczek i grzebienia, więc mimo natarczywego pokazywania zegarka i próśb o wypłukanie już włosów, musiałam czekać na swoją kolej nieco dłużej niż było to przewidziane... O wiele za długo, szczerze mówiąc... Gdy nareszcie pani Lusia się mną zajęła, czułam, że coś strasznego wisi w powietrzu. Po obfitym spłukaniu włosów, przyszła kolej na wałki i suszenie moich wyśnionych, złotych jak łany polskiego zboża, loków... Gdy zobaczyłam co to rzeczywiście za kolor, przypomniały mi się słowa św. pamięci babki Łucji, która nieraz mówiła: Włosy farbuj tylko przy pełni księżyca, inaczej bedziesz jak ladacznica. Niewiele mijało się to jej powiedzonko z prawdą. To, co miałam na głowie, przypominało kolorem przejrzałą pomarańczę, w połączeniu z przyrdzewiałym rudym, jak u starzejącej się wiewiórki. Loki też były nie lepsze, ni to mokra włoszka, ni mysie ogony. Jednym słowem: do kitu! Pani Lusia czekała na moją reakcję, a ja nie wiedziałam co mam zrobić? Udusić ją? Zasztyletować nożyczkami czy przypiec do czerwoności w suszarce? Wystraszonym głosikiem zapiszczała, że nie wie co się stało, że może pomyliła farby... Na osłodę dodała speszona: Niech pani Anna nie płaci, to na koszt firmy. Płacić wcale nie zamierzałam, ani za zrobienie ze mnie stracha na wróble, ani za pokrzyżowanie mi sylwestrowych planów, bo było już pewne, że z takim łbem to ja się nigdzie pokazać dziś wieczór nie mogę. Wyszłam bez słowa, pragnąc głęboko zapaść się czym prędzej pod ziemię. Niestety, nic takiego się nie stało. W czapce, którą na szczęście miałam ze sobą, dotarłam do domu, gdzie jeszcze raz dokonałam oględzin mojej fryzury... Dramat, tragedia i czarna rozpacz... Zadzwoniłam szybko do Jacka, żeby powiedzieć co się stało i odwołać nasze wspólne wyjście na imprezę, a także błagając, żeby za żadne skarby świata nie odwiedzał mnie przez najbliższe tygodnie, a może i miesiące... Za późno. Jacek już był w drodze po mnie i w godzinę po moim telefonie zapukał do drzwi. Obawiając się jego reakcji, otworzyłam. Spojrzał i widziałam, jak z całej siły powstrzymuje się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Udało mu się. Powiedział, że nie jest tak źle, ale – jeśli nie chcę iść na firmową imprezę – to spędzimy ten wieczór razem. Wszytko miał w samochodzie przygotowane na taki rozwój wypadków: szampan z kieliszkami, zakąski, a nawet indyka w sosie żurawinowym, od znajomej pani z cateringu. Pomyślałam, że mam naprawdę wspaniałego mężczyznę... A potem był jeszcze wspaniały Sylwester, tylko we dwoje, nie licząc indyka i tańczących misiów na krawacie i na... gatkach, które były z nim w komplecie. W ten sposób przekonałam się, że w życiu nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli, ale to wcale nie znaczy, że gorzej...
Anna Karska