
// //
// //
// //
// //
// //
// //
// */
Jest w „Misiu” Barei scena, w której widzimy jakim rarytasem w czasach PRL-u był paszport. Wręcza się go przy dźwiękach fanfar, ze stosowną melorecytacją, z całym splendorem na jaki stać było polskie państwo w czasach Gierka Edwarda. Że przesada i groteska?! Nie zgadzam się. Musicie sobie bowiem uświadomić, że wtedy nawet paszporty były dwojakiego rodzaju. Te: „na Zachód” oraz te, które pozwalały odwiedzić Pragę względnie Budapeszt.
Paszporty do krajów zachodnich wydawano z rzadka i głównie swoim, ale nawet te do krajów RWPG (Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej jakby kto pytał) zdawać trzeba było po powrocie z podróży. Paszport otwierał bowiem granice, a za granicą – ludzkie oczy. – Jedziecie do kraju zachodniego, który może tam ma i swoje plusy, ale chodzi o to, by te plusy nie przesłoniły wam minusów – napominał prezes Ochódzki ekipę Polek wyjeżdżającą na Zachód.
W czasach o których mówimy wyjazd za granicę (nawet do NRD) był przedsięwzięciem o tyle sensownym o ile opłacalnym. Każdą eskapadę Polak musiał obmyślić i zrealizować tak, by po powrocie miał więcej pieniędzy niż przy wyjeździe. Dotyczyło to absolutnie każdego wyjazdu, a jeśli ktoś zaprzeczy, to życia nie zna i przemytniczej kultury nie lizał.
Pociągi Przyjaźni…
Dzisiejszą porcję wspomnień zaczniemy od tzw. Pociągów Przyjaźni. Oto w latach 70-tych ktoś wpadł na pomysł, by proletariusze Polski i Związku Radzieckiego mogli się spotkać w Moskwie czy tam w Leningradzie i na bazie rozwijania przyjaźni między narodami podstawiano pociąg, którym Polacy jechali do Ojczyzny Proletariatu. Był to rodzaj nagrody dla polskich proletariuszy, choć przyznać wypada, że być może była to swoista prewencja: zobaczysz jak jest u Ruskich, to głupota ci z głowy wyleci.
Sam – z racji wieku – udziału w takim wy-jeździe nie wziąłem, ale szczegóły znam z pierwszej ręki. Mama moja została bowiem wytypowana przez Radę Zakładową swojego przedsiębiorstwa i ruszyła w tę podróż. Od razu zastrzegam, że nigdy nie była w partii i to wytypowanie zapewne zdziwiło ją samą, ale być może towarzysze postanowili w ten sposób otwierać oczy elementom antysocjalistycznym. Koniec końców – pojechała.

Po powrocie okazało się, że polska wycieczka zwiedziła i Pałac Zimowy i w ogóle Leningrad i nawet Lenina w Mauzoleum w Moskwie odwiedzili i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze byli. Oprócz wspomnień mama moja przywiozła kilka złotych obrączek, pierścionków i sygnetów, jakieś zegary, sztućce – słowem: rzecz się opłaciła.
Handel w Związku Radzieckim opierał się na tym, że już w hotelu całą zawartość polskich walizek, łącznie z używanymi skarpetami, przejmowały tzw. etażnyje (odpowiedzialne za całe piętro pokojówki). One to wypłacały naszym podróżnikom ruble, które później inny pracownik hotelu zamieniał na złoto. Znamienne, że oszustw tombakowych nie było, że strony były zadowolone, a i przyjaźń między narodami nie szwankowała. Matka wróciła do Polski w klapkach kupionych na miejscowym bazarze, bo nawet jej buty „do chodzenia” zyskały aprobatę i dały się wymienić na jakiś zegar.
W pasiastych portkach przed mutacją…
W latach 80-tych o wyjazd „na Zachód” było łatwiej o ile należało się do jakiejś, hm, organizacji. Dlatego to nieprawdopodobnym wzięciem cieszyły się studenckie zespoły pieśni i tańca ludowego; będąc w „Poligrodzianach” czy innych „Staropolanach” miało się pewność, że za rok trafi się trasa do Hiszpanii czy wręcz do Ameryki Południowej. Wizja odległa, przyznam, ale sprawdzona, a i o paszport starać się nie było trzeba, bo rzecz brała na siebie uczelnia. Poza tym studenckie zespoły pieśni i tańca oferowały swoim uczestnikom naprawdę sporo uciechy nawet na miejscu; ich imprezy w akademikach przechodziły do historii, rodziły się w nich miłości i rzecz cała naprawdę warta była brykania po scenie w pasiastych portkach.
Największymi podróżnikami tamtych czasów, przyznać to należy bez wahania, były chóry chłopięce. One objeżdżały wielekroć cały świat ot – na pstryk! Nad tym wątkiem jednak rozwijać się nie ma potrzeby, bo chłopcy przed mutacją, zabierani w podróż po całym świecie nie mieli jeszcze rozwiniętego zmysłu handlowego i ich eskapady kończyły się fiaskiem finansowym. A niejednokrotnie – katastrofą emocjonalną związaną z przebywaniem w ściśle męskim gronie o czym w latach 90-tych szeroko pisały krajowe media.
Biseptolu nie bierzemy…
Indywidualni przemytnicy mieli i lepiej i gorzej. Oto działali na własną rękę, sami badali rynek, mieli swoje własne patenty. Z drugiej strony musieli nieźle kombinować, żeby trasa Poznań – Budapeszt – Bukareszt – Berlin Wschodni (do Zachodniego nas nie wpuszczali) przyniosła spodziewany zysk. W roku 1987 wybrałem się z dwoma kumplami na wyżej wymieniony szlak.
W Rumunii rządził wtedy w najlepsze Ceausescu i kraina ta w zasadzie nie mogła Polakom niczego sensownego zaoferować. Jedynym powodem, dla którego warto było się tam zapuścić była sprzedaż towarów z Polski, a następnie pokątna wymiana rumuńskich lei na forinty względnie na marki zachodnioniemieckie. Napchaliśmy zatem plecaki zbożową kawą „Turek” (miała udawać cenioną w Rumunii „Inkę”), wzięliśmy po sto past do zębów „Pollena” i kremów nivea i jeszcze jakieś tam barachło. Wiedzieliśmy, że w Rumunii schodzi każda ilość tabletek biseptolu (używanego tam jako środek poronny), ale na to się jednak nie zdecydowaliśmy.
Tuż za granicą węgiersko-rumuńską przesiedliśmy się do miejscowego pociągu do Bukaresztu. Natychmiast pojawił się konduktor, który zakwestionował nasze bilety (że niby nie na ten pociąg) i musieliśmy zapłacić jakiś haracz. Wściekły na to jeden z kolegów otworzył drzwi przedziału i wrzasnął na całe gardło: „sapon, inka”, co oznaczać miało „mydło, kawa”. Momentalnie przedział nasz stał się sklepem wielobranżowym: ludzie przez szparę w drzwiach wciskali pieniądze, nikt tego nawet nie liczył, jeden z kolegów podawał „Turki”, mydła, pasty, co podeszło. Po pół godzinie było po sprawie – cały towar rozszedł się przepięknie i bezboleśnie, bez stania na bazarach, bez żadnego taszczenia plecaków po Bukareszcie. Zostaliśmy z czterema wielkimi jak z Lidla torbami pełnymi rumuńskich banknotów.
Trzy dni na Keleti…
W stolicy Rumunii okazało się, że zawartość ćwierci jednej reklamówki (trzy i pół garści) wystarczy na wynajęcie apartamentu hotelowego dla nas wszystkich na trzy dni. Wypadało odpocząć… Kąpiel, obiad, drzemka, a wieczorem – na hotelowy dancing. W środku nocy wróciliśmy do apartamentu, nikt nas nawet nie okradł za to po chwili ktoś zapukał i weszło dwóch miejscowych biznesmenów. Siedliśmy, wypiliśmy i zapisaliśmy listę życzeń: następnym razem zażyczyli sobie, byśmy przywieźli sześć tysięcy wkładów do długopisu Zenith, dowolną ilość śmierdzących papierosów Gent (Gent, a nie Kent – korekta nie poprawiać) i coś tam jeszcze.
- Nie ma co wracać do Polski, zresztą na granicy zabiorą nam całą kasę, bo legalnie przewieźć można zaledwie parę tysięcy – powiedział rano jeden z kolegów. Wskutek narady ja miałem jechać do Budapesztu i tam czekać na nich, a oni wraz z pieniędzmi jechać mieli na granicę rumuńsko-jugosłowiańską, by tam nasze reklamówki z Lidla zamienić na dolary. Cóż, przehulaliśmy jeszcze jedną noc w hotelu i rano ruszyliśmy w swoją drogę.
Trzy dni czekałem na budapesztańskim Keleti na koleżków wypchanych dolarami. Wreszcie przybyli, ale z nosami zwieszonymi do samej ziemi. Jugosłowianie rumuńskie pieniądze wzięli, ale dolarów już nie przynieśli, chociaż się przecież umawiali i przysięgali na zdrowie matki, że za pół godziny będą. – Trudno, wracamy do Polski, bilety powrotne w końcu mamy… - powiedział jeden z nich i wróciliśmy. Pytali mnie potem czy wybiorę się z nimi „w drugą turę, teraz już bez przypału”, ale już nie miałem jakoś przekonania.
Miś w paszporcie, skorpion w trocinach…
W jakiś czas potem Polakom umożliwiono wjazd do Berlina Zachodniego, co wywołało zrozumiały aplauz w szczecińskich akademikach. Przyczyna była prosta: „wagon” papierosów lucky strike kosztował w Pewexie 10 zachodnich marek, a w Berlinie Zachodnim w sklepie – 40. Wystarczyło sprzedać po 20 za sztangę i po robocie. Raz dałem się skusić na taką eskapadę, szczęśliwie dotarliśmy do Berlina Zachodniego i nie za bardzo wiedzieliśmy – co dalej.
Koledzy również byli po raz pierwszy i rezultatem tego wyjazdu była konfiskata całego naszego ruchomego mienia, zanotowanie w rejestrach policyjnych Berlina Zachodniego oraz tzw. „miś” w paszporcie czyli pieczęć uznająca nasze osoby za „persona non grata” na terenie całej Bundesrepublik Deutschland. Przyznać trzeba, że „miś” nie działał, później wielokrotnie przekraczałem niemiecką granicę na tym paszporcie i nigdy z tego powodu nie miałem żadnych nieprzyjemności. Inna rzecz, że wtedy już niczego nie przemycałem i inne powody wyjazdów z Polski mi przyświecały.
Nieco później, mieszkając już w Holandii spotkałem się z jeszcze jedną propozycją złotodajnego przemytu. Znajomek (Polak, a jakże) pracował w holenderskim warsztacie, gdzie wyrabiano kokosowe małpy. Były to wiszące na łańcuszkach, szczepione ze sobą dwie skorupy orzecha kokosowego z domalowanymi oczyma i łapami. Wyglądały jak małpy, a sprzedawano je jako swoiste doniczki – do brzucha małpy wkładało się ziemię i stamtąd wił się bluszcz. Obrzydliwe, ale schodziło. Ale nie małpy kolega chciał przemycać do Polski.
Skorupy orzechów przychodziły w skrzyniach wprost ze statku. Dość często w trocinach, w których spoczywały natrafić można było na żywego skorpiona i mój kolega owe skorpiony łapał i trzymał w słoikach. Dowiedział się przy tym, że w Polsce za jednego skorpiona można dostać równowartość 100 dolarów i właśnie ze mną chciał się podzielić tym interesem. On będzie dostarczał skorpiony, ja będę je przewoził do Polski i tam je sprzedawał. Niestety – wtedy już wiedziałem, że nie mam szczęścia do kolegów-przemytników, bo są jeszcze większymi nieudacznikami w tym rzemiośle niż ja. Dzięki temu uniknąłem kontaktu ze skorpionami i służbami celnymi.
Dzisiaj nie ma już śladu po romantycznej epoce przemytu czasów PRL. Tak zwana przebitka też już nie ta; kiedyś w Pewexie za dolara kupowało się pół litra żytniej i jeszcze reszta zostawała, a dziś…, szkoda nawet mówić. Są oczywiście ludzie, którzy parają się przemytem papierosów z Polski do Wielkiej Brytanii czy Irlandii, ale i ten proceder ma się ku końcowi, bo w Polsce zapowiadana jest podwyżka akcyzy. Paszport każdy ma w domu, zresztą nawet paszportów nie trzeba, bo dowód osobisty wystarczy. Nie ma Związku Radzieckiego, NRD, Berlina Zachodniego ani pana Ceausescu. Nawet marek zachodnioniemieckich nie ma, choć niektórzy mówią, że niegawem znowu się pojawią. To zresztą inna rzecz. Skończyła się pewna epoka i biorąc choćby pod uwagę akcję „skorpion” – może to i dobrze.
Jacek Rujna