Dziś jest , imieniny obchodzą:

Żelazem się tego nie wypali!

Człowieka da się wyciągnąć z PGR-u, ale pegeeru z człowieka wyciągnąć się nie da. Co młodszym czytelnikom należy się wyjaśnienie, czym był PGR. Państwowe Gospodarstwa Rolne; symbol marnotrawstwa, pospolitego złodziejstwa, wiecznego pijaństwa, wszechobecnego łapówkarstwa, traktor z urwanym kołem, którego nikt nie naprawia, błoto po kolana i tak dalej. Dziw, że to się kupy w ogóle trzymało przez ponad 40 lat.

 

Żeby nie było, że ja sobie zamierzam drwić z pokoleń ludzi, którym przyszło żyć w PGR-ach! Nic podobnego, boć przecież nie oni sobie wybierali ten rodzaj gospodarowania. Wbito ich po prostu w nieludzki system (gospodarowanie bez prywatnej własności i odpowiedzialności), więc musiały siłą rzeczy rozwinąć się zachowania patologiczne, o których mowa była na wstępie.
No, ale do rzeczy. Pegeery jako takie zlikwidowano ileś lat temu, ale dusza pegeerowca wciąż silna jest i nie chce się za skarby świata poddać. A co najważniejsze i nieco zaskakujące: zamieszkuje ona nie tylko w Polakach. Nie uwierzę bowiem, że te wszystkie worki rozprute ze śmieciami wyrzucane na poboczach, w parkach Europy tak zwanej „zachodniej” to wyłącznie polska robota. W Polsce jednak kłuje to w oczy szczególnie i nie sposób zwalić winy na kogoś innego. Jeden ze znajomych ekologów powiedział mi ostatnio, że nie ma najmniejszego nawet leśnego jeziorka-bajorka, żeby nie była w nim utopiona zużyta opona.
I co robić z takimi ludźmi?! Nic się nie da, choć są ludzie, którzy twierdzą, że lekkie wybatożenie na widoku publicznym przyniosłoby oczekiwany skutek i zapewniło sukces wychowawczy.

Szuru buru po markecie

Byłem niedawno w supermarkecie i towarzyszyła mi znajoma z dwuipółrocznym synkiem. Po wizycie tej wywiązała się między nami dość zażarta dyskusja i... zresztą posłuchajcie sami, sam nie wiem, może to ja nie mam racji. Otóż dziecko w tym wieku, jak to dziecko w tym wieku, a na dodatek chłopiec: usiedzieć już w wózku nie chce. Wymyślił więc sobie zabawę: oparł się rękoma o ręczny koszyk do zakupów i zapitalał z tyłu nogami, szurając ten koszyk po posadzce. Tak sobie jeździł po alejkach tegoż Lidla czy tam Aldiego.
Ludziska oczywiście na ten widok odsuwali się, uśmiechali, zero kłopotu; jest dziecko, szura sobie po sklepie, niech sobie szura, dobrze, że szura, znaczy, że ruchliwe, zdrowe i krzywda się nie dzieje nikomu. Tym bardziej, że pod okiem matki. Tyle jednak, że Zdzisio raz po raz zatrzymywał się przy półkach i wkładał do swojego koszyka a to cytrynę, a tu ogórka, tam znowu jakąś konserwę, herbatniki..., co mu się spodobało. Hm, myślę sobie, ale nic nie mówię.
W końcu dopchałem swój wózek do kasy, ustawiłem się w kolejce, by zapłacić za swoje zakupy, a znajoma tymczasem, uwaga, złapała Zdzisia, zostawiła napełniony koszyk między alejkami, tam gdzie mały go porzucił i ze spokojem – niczego nie kupując – przeszła przez barierki i czeka na mnie.
– Jak tak można?! – mówię potem. – Toż przecież robisz ludziom z obsługi dodatkową robotę! I jeszcze na dodatek koszyk na posadzce zostawiłaś, pod nogami, ktoś wlezie w to, przecież to niebezpieczne...
I się dowiedziałem, że: po pierwsze Zdzisio jest ruchliwy i uwielbia zabawę w kupowanie i szuranie koszykiem po posadzce, po drugie jakby go pozbawić tej zabawy, to by wrzeszczał i nie mógł usiedzieć, a tak to przynajmniej spokój był, po trzecie przecież nic się nie stało i nikt się nie przewrócił, po czwarte pracownicy i tak mają w obowiązku odkładanie na półki niezakupionych produktów, po piąte nikt z obsługi nigdy nie protestował, a na koniec się dowiedziałem, że jak nie mam dziecka, to się nie powinienem wypowiadać, bo co ja tam mogę wiedzieć.
No to na koniec powiedziałem, że to jest oszukiwanie dziecka, które przecież rozum swój ma i na swój sposób wie, czym są zakupy. I że robienie ze sklepu placu zabaw jest demoralizujące, rozpieszczające i w ogóle wstyd. No to znajoma na to, że się nie znam i żebym spytał inne matki z takimi małymi dziećmi. Hallo? Są tu wśród czytelników matki z takimi dziećmi? Napiszecie mi, co same myślicie i czy to ja jestem taka zakuta pała bez empatii czy może jednak trochę racji mam. Czekam na odzew: jacek.rujna@gmail.com z dopiskiem „szuranie po sklepie”.

Filowania zza firanki

Z innym przejawem zjawiska tu opisywanego spotkałem się ze dwa lata temu; w ramach tułaczki emigranckiej przeprowadziłem się z jednej dzielnicy do dzielnicy innej mojego miasta. Zadomowiłem się, rozmościłem, wypakowałem, kaucję wpłaciłem, obwąchuję wszystkie kąty, w końcu wieczorem w ogródku siadam z browarem. Czas był letni, weekendowy, pogoda sprzyjała, słyszę: oho, rodacy gdzieś niedaleko grilla w ogródku rozpalili, gwar, śmiechy, przekomarzanie. Dobra, myślę, czas się zapoznać.

Umyłem się, uczesałem, w koszulę odświętną grzbiet oblokłem, o flaszce i ogórkach kiszoniakach nie zapomniałem, a wszystko po to, żeby nie pchać się na krzywą paszczę, bo to wiadomo, że nie wolno. Idę sobie, namierzam te domki, lokalizuję gdzie to było, już mam. Zachodzę do drzwi, dzwonię dzwonkiem raz i drugi. Nagle jak nożem uciął, w ogródku zapadła martwa cisza, nawet światła pogasły wszystkie, zupełnie jakbym zwarcie elektryczne swoim dzwonieniem spowodował.

Ale nie, widzę, na pięterku filuje ktoś zza firanki, łypie. No to dzwonię jeszcze raz. Szuru buru, staje wreszcie w drzwiach facet, patrzy. – Cześć – mówię i dla zachęty podzwaniam flaszką. – Nowy jestem, dopiero się wprowadziłem na dzielnicę, słyszę, że macie grilla, dobrze byłoby się po sąsiedzku zapoznać.

Gość patrzy, patrzy, kręci głową, jakby nie rozumiał, co do niego grzecznie mówię. W końcu jednak dotarło i odpowiedział patrząc pod nogi i w niebo wieczorne na przemian, że oni niczego nie potrzebują, że mają swoje własne środowisko i że nowych znajomych to zapraszają sobie sami i że nie mam tu czego szukać. I już. Poczułem się nieszczególnie, ale powiedziałem, że ok i nie ma sprawy. I powiem od razu; rozumiem, może mieli rodzinne święto, może też na przykład omawiali ważne interesy i nikt obcy nie powinien słuchać, wiadomo jak jest.

Ale na dźwięk dzwonka światła gasić, muzykę ściszać, chować się po krzakach i łypać zza firanki? Myślę, że wylazł z nich właśnie wtedy klasyczny pegeer. A może to ja się źle zachowałem? Jak myślicie? Czekam na listy, adres wskazałem niżej.

Zima im niestraszna

Ostatnia historia zdarzyła się kilkanaście lat temu w nieodległej Holandii. Czasy były takie, że aby wyjechać do Holandii, należało wystarać się o wizę turystyczną, wcześniej o tranzytową przez Niemcy Zachodnie, słowem – łatwo nie było. Jednakże „Polak potrafi” i w rezultacie całkiem spora gromada rodaków przebierała cebulki czy tam ganiała w tulipanach, goździkach i azaliach. Czasy były mocno pionierskie, bo robota na czarno, a i z lokalami mieszkalnymi kłopot.
Były to złote czasy dla odważnych i pozbawionych złudzeń właścicieli kampingów, a niżej podpisany przez rok kiblował w bungalowie na Reeuwijkse Hout, czy jak to się tam dokładnie nazywało. Polaków było całe mnóstwo i – mając pracę – można było spokojnie zimę przetrzymać we wspomnianych bungalowach. Niektórzy pionierzy zadowalali się zwykłymi przyczepami kampingowymi i też nie słyszałem, żeby ktoś zmarł z zimna czy z głodu.
Łaził pewnego wieczora smutny znajomek, człapał się po parkingu i między domkami. Okazało się, że dopadł go ból zęba i faszerował się nieborak czwarty już dzień tabletkami i wódką. Postanowił się wyleczyć sam nie dlatego, że się bał fotela, ale dlatego, że szkoda mu było tych 50 guldenów, które by musiał wydać. Następnego dnia spotykam go ponownie, a on cały uśmiechnięty. – Sam se zatrułem zęba – zakomunikował. – Kwasem od akumulatora... – dodał. I zadowolony poszedł swoją drogą.
Są zatem rzeczy na niebie i na ziemi, a także w charakterze i mentalności wielu z nas, o których nie śniło się żadnym filozofom. Wymykamy się wielu regułom, tworzymy własne stereotypy, jesteśmy niekiedy mistrzami w zadziwianiu świata całego. Z jednej strony nie gardzimy najgorzej płatną pracą (są tacy w Polsce, którzy pracują za 3 złote na godzinę, nie inaczej jest zresztą na tzw. emigracji), ale jednocześnie bardzo często staramy się wmówić sobie i innym, żeśmy Europejczycy spod najjaśniejszej gwiazdy. Światowcy śmiejący się i nazywający „wioską” i „sucharem” fakt, że ktoś do sandałów założy skarpety, albo zamówi, burak ostatni, kawę „ekspreso”. A ja zakładam skarpety, a ja zamawiam czasem „ekspresso” choćby po to, by zobaczyć szczerą pogardę płynącą z oczu światłego Rodaka.
I tak to się od dziesięcioleci miesza w tyglu zwanym: mentalność polska. Kotłuje się, bulgocze, pokrywka podskakuje i wciąż staramy się doskoczyć do jakiejś wymarzonej przez siebie „Europy”. Kłopot jednakże w tym, że jeśli nie wyzbędziemy się podległej służalczości poza granicami Polski, to i w samej Polsce nigdy niczego nie zwojujemy.

Jak myślicie, mam rację? Czekam na listy (jacek.rujna@gmail.com)...

Polecamy

W tym roku obchodzimy 70 rocznicę zakończenia II wojny światowej.

Z każdym rokiem w całej Europie coraz więcej wędkarzy stosuje zasadę „Złów i wypuść”. Dla wielu z nas pojęcie tych dwóch słów jest bardzo zrozumiałe, ale czy zastanawialiście się, czy na pewno tak jest?

Jeśli ktoś nie wiedział, co ze sobą zrobić w sobotę 13 czerwca, trzeba było się stawić na tegorocznej edycji największego polonijnego wydarzenia sportowego w Belgii, czyli turnieju piłkarskiego Polonia Cup!

Sezon wiosenny w pełni. Początkujący pasjonaci ogrodów lub działek stoją przed licznymi dylematami na wiosnę m.in., co i kiedy posadzić, jak nawozić lub czym zwalczać szkodniki.

Święta, święta i po świętach… Nareszcie! W końcu można powrócić do monotonnej codzienności, pracy zawodowej i innych obowiązków, które towarzyszą nam przez większą część roku. Jednym słowem – do zwyczajnego życia, do którego druga połowa grudnia z pewnością nie należy.

Zmieniają się czasy i ludzie, ale nie święta czy tradycje. Dlatego też już od pokoleń, marzec kojarzy się powszechnie z Międzynarodowym Dniem Kobiet, obchodzonym ósmego dnia tego właśnie miesiąca.

 

Tegoroczne lato zafundowało nam prawdziwie królewską kąpiel słoneczną. Niemal w całej Europie termometry wskazywały bardzo wysokie temperatury. Wakacje się skończyły i wydaje mi się, że każdy bez wyjątków został usatysfakcjonowany słoneczną pogodą.

Czerwiec 2015 roku będzie czasem upamiętnienia serii bitew mających miejsc na terenie Belgii 200 lat wcześniej, z których z największym rozgłosem cieszy się ta spod Waterloo.

Jak co roku, jesienią, naszą szefową ogarnął zapał do wprowadzania zmian w firmie i doszkalania nas ze wszystkich możliwych dziedzin, które choć trochę mogłyby się przydać w codziennych życiu biurowym.

Joanna, lat 27, od 3 lat mieszka w Brukseli. W Polsce, u mamy, bywa raz na rok. Raz w miesiącu dzwoni „kontrolnie”. Powód? Bardzo szybko irytuje się zastaną sytuacją w domu.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Gimnazjalistów
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Krakus
  • Mini galeria 04
  • Dzień Dziecka 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Koncert Budki Suflera
  • Miss Fitness
  • Ani Mru Mru

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices