Dziś jest , imieniny obchodzą:

Wiosenne wietrzenie szaf

Tradycją naszej firmy stały się wspólne obiady, podczas których plotkujemy sobie nad zjadanymi kanapkami, sałatkami czy odgrzewanymi daniami. Przerwy obiadowe nie są zbyt długie, mamy jednak czas coś zjeść, zrobić sobie herbatę czy kawę oraz porozmawiać o tym i o owym. Najczęściej mówimy o dzieciach, partnerach, kłopotach i troskach codziennych. Nieraz do lunchowych rozmów dołącza się na szefowa, twierdząc, że nasze plotkowanie pozwala się jej odprężyć i na chwilę zapomnieć o tysiącu ważnych, czekających ją sprawach.

 

Tak właśnie było w ten piątek, kiedy podczas przerwy obiadowej dołączyła do nas właścicielka firmy. Miała tylko czas na zjedzenie zupy, ale to jej wystarczyło podsunąć nam doskonały pomysł na wspólną inicjatywę, z której jesteśmy bardzo dumne. A wszystko zaczęło się od narzekania Violi Chudej Jak Deska, że nie ma co na siebie włożyć, choć szafy pełne ciuchów i znowu w ten weekend musi wybrać się na sklepy, że mieć czym się przyodziać przez następne tygodnie. Żabie Oczy dołączyły do tego lamentowania, potakując, że ona też od narodzin maluszka nie miała jeszcze czasu na zakupowe szaleństwo, a przydałoby się odnowić nieco garderobę. Wówczas odezwała się Pryszczata Iwonka twierdząc, że ona też potrzebuje coś nowego na grzbiet kupić, ale szafy ma już tak zapchane rozmaitymi betami, że najpierw musi się pozbyć choć części z nich, żeby miała gdzie trzymać kolejne rzeczy. W przeciwnym razie, nie będzie mieć gdzie składować nowych kiecek czy butów. Wówczas zaczęły się dywagacje, co zrobić z niepotrzebnymi już ubraniami własnymi lub domowników. W tym momencie włączyła się do rozmowy przysłuchująca się wszystkiemu szefowa. Zapytała nas, czy nie zechciałybyśmy zorganizować wiosennego wietrzenia szaf, czyli zebrania niepotrzebnych nam już ubrań i przeznaczenia ich na cel charytatywny. Mogłybyśmy je sprzedać i zebrane w ten sposób pieniądze przesłać osobom potrzebującym, albo zwyczajnie znaleźć kobiety, którym by się przydały nasze rzeczy i im je wysłać. Pomysł spodobał nam się do tego stopnia, że postanowiłyśmy zająć się przeglądem szaf już w nadchodzący weekend, i w poniedziałek podczas lunchu ustalić, co kto ma i co z tym wszystkim robimy.

 

Weekendowa pogoda sprzyjała pozostaniu w domu i zajęciu się generalnym przeglądem garderoby. Pawełek przez całe przedpołudnie był u naszej sąsiadki, a po obiedzie uciął sobie dwugodzinną drzemkę, mogłam więc spokojnie zająć się swoją szafą. Okazało się, że sporo w niej ubrań, których już nie noszę, bo albo przestały mi się podobać, albo zwyczajnie już się w nie nie mieszczę. Efekty mojego odchudzania i męczenia się na gimnastyce są na razie znikome, więc stwierdziłam, że nie ma się co oszukiwać i planować, że w najbliższym czasie wejdę w sukienki, spódnice i spodnie o numer lub dwa za małe. Odłożyłam część rzeczy dla innych kobiet, zostawiając sobie to, co jest na mnie w sam raz i te z ubrań, które mimo że nieco opięte, bardzo lubię i żal mi się z nimi rozstawać. Po obiedzie i uśpieniu Pawełka, poszłam za ciosem i zabrałam się za przegląd jego ubranek i zabawek. Muszę przyznać, że sporo się już tego nagromadziło. W najbliższej nam rodzinie nie było innych, młodszych od naszego synka, dzieci, więc nie miałam zbytnio komu dać wszystkich zgromadzonych śpioszków, ubranek, zabawek i sprzętów do obsługi malucha. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo obrośliśmy rzeczami od czasu narodzin Pawełka. Dopiero teraz, po wyjęciu ich z szaf, szafek i komód, widać było, ile ten malutki człowieczek już ma rzeczy, z których wielu tak naprawdę już nie potrzebuje.

 

Gdy Jacek wrócił późnym popołudniem z pracy (bo akurat wypadła mu dodatkowa robota), ze zdziwieniem spojrzał na górę ubrań piętrzących się na naszej sofie w salonie oraz rzeczy synka, którymi były wypchane znalezione w domu i wyproszone u sąsiadki kartony. Zapytał żartując, czy my się gdzieś wyprowadzamy, bo on o niczym nie wie. Objaśniłam mu w kilku słowach całą sprawę od samego początku. Małżonek uznał, że to w sumie bardzo dobry pomysł. Zapytał jednak, czy jestem pewna, że warto też oddać ubranka Pawełka i wszystkie te sprzęty dla niemowlaków. Po chwili dodał, że może będziemy jeszcze mieć jedno dziecko i wówczas wszystko na nowo trzeba będzie kupować. Nie bardzo wiedziałam co mam odpowiedzieć. Z jednej strony chciałabym powiększenia naszej rodziny, ale z drugiej, zdaję sobie sprawę ile to wymaga czasu, sił i energii, żeby odchować malucha. Dopiero co zaczynaliśmy wychodzić z okresu pieluchowego i nie byłam pewna, że mam ochotę już teraz na nowo wracać do karmienia piersią, kaszek, zupek, kupek, kolek, smoczków i gorączek. W końcu też mi się coś od życia należy, a małe dziecko to dla młodej mamy duże ograniczenie wolności. Widząc moje rozterki, Jacek zaproponował, żeby nasze ubrania oddać komuś w potrzebie lub sprzedać i przeznaczyć pieniądze na pomoc ludziom, ale dziecięce sprzęty i odzież pożyczyć rodzinie z małym dzieckiem. U niego w pracy jest rodak, któremu się nie przelewa, bo pierwsze dziecko jest niepełnosprawne i żona musi się nim zajmować, więc nie pracuje. W dodatku niedawno urodził mu się syn, więc rzeczy Pawełka z pewnością by mu się przydały. Uznałam, że to świetne rozwiązanie i zgodziłam się z Jackiem, żeby pożyczyć tej rodzinie to, co możemy.

Zgodnie z planem, podczas poniedziałkowej przerwy obiadowej, ustaliłyśmy z koleżankami z biura dalszy plan działania. Okazało się, że każda z nas ma sporo zbędnych rzeczy i gdy tylko je wypierzemy i wyprasujemy, zwieziemy je do biura i przygotujemy do sprzedaży. Szefowa zgodziła się użyczyć nam zaplecza i pomóc w organizacji całej akcji. Tydzień później miałyśmy już zorganizowane miejsce, ustaloną datę naszej aukcji i zrobioną reklamę wśród znajomych, krewnych, sąsiadek i innych kobiet, które solidarnie przyłączyły się do naszego pomysłu. Okazało się bowiem, że nie tylko nam przypadł on do gustu.

 

Pół dnia wietrzenia szaf, czyli charytatywnej akcji na rzecz potrzebujących, okazało się wielkim sukcesem. Oczywiście nie wszystko sprzedałyśmy, ale i tak udało nam się uzbierać sporą kwotę, którą postanowiłyśmy przekazać do jednego z domów samotnej matki w naszym kraju. Idea wydawała nam się szczytna, a poza tym, nadchodzące majowe święto wszystkich mam, zdawało się być dobrym momentem, aby zadbać o te z kobiet, które są w trudnej sytuacji materialnej. Koleżanki, które etap rozrodczy miały już za sobą, przekazały również ubranka, zabawki i inne rzeczy potrzebne maluchom. Życzliwi ludzie pomogli w zorganizowaniu transportu do Polski i rozładunku naszych podarunków. Radość mam i ich pociech była nie do opisania. W końcu, dla każdej matki, nie ma chyba bowiem lepszego prezentu niż radość i uśmiech jej dziecka. Tym bardziej, jeśli te ulotne chwile szczęścia łączą się z realną pomocą i pomagają stawić czoła trudnej rzeczywistości, z którą borykają się na co dzień samotne matki, zwłaszcza te pozbawione dachu nad głową i zmuszone do zamieszkiwania wraz z dziećmi w ośrodkach dla osamotnionych kobiet. Matki, które niekiedy zostawiły za sobą domowe piekło i zdobyły się na heroiczny krok walki o nowe życie dla siebie i swojego potomstwa. Same, przeciwko otaczającemu ich światu. Dlatego choć drobny gest w ich stronę, to tak naprawdę ogromny wyraz uznania dla tych odważnych kobiet, którym szacunek i wsparcie należą się każdego dnia, a w szczególności 26 maja, w Dzień Matki Polki Bohaterki.

Anna Karska

Polecamy

Rok temu, po wizycie nad sławnym jeziorem Lac de Curton, wróciliśmy z wielkim niedosytem, gdyż przez okrągły tydzień z Grześkiem nie mieliśmy nawet jednego brania. Tym razem sądziliśmy, że dobry los się do nas uśmiechnie i będzie inaczej.

Granica polsko-niemiecka. Na przejście graniczne w Zbąszyniu zostaje doprowadzony młody mężczyzna, lat około trzydziestu, średniego wzrostu. Jest skuty kajdankami i towarzyszy mu umundurowany Niemiec.

Od chwili swoich narodzin rozpoczynamy naukę, że starzenie się jest częścią naszego życia. Wokół widzimy ludzi, którzy się starzeją i wiemy, że podobnie będzie z nami.

Kocie kawiarnie cieszą się wielką popularnością na świecie, a do Europy moda przywędrowała wprost z Japonii. W Brukseli, na Rue Tasson-Snel 11, niedaleko Av. Louise, istnieje od 5 listopada 2014 r. niezwykła kawiarenka „Le Chat Touille”. Największą atrakcją są tu… koty.

— Sir — ozwał się nagle kandydat wzruszonym głosem. — Jestem bardzo znużony i skołatany. Dużo, widzicie, przeszedłem. Miejsce to jest jedno z takich, jakie najgoręcej pragnę otrzymać. Jestem stary, potrzebuję spokoju!

W sobotę 31 maja, w Brukseli, odbył się polonijny turniej piłkarski „Polonia Cup 2014”, po raz kolejny zorganizowany przez klub FC Polonia Bruksela. Organizatorzy zapowiadali wiele atrakcji, miał to być turniej, jakiego jeszcze nie było.

   Człowiek od urodzenia tkwi w rzeczywistości językowej – poznaje ją i aktywnie w niej uczestniczy: słuchając, mówiąc, jak również pisząc i czytając. Mowa uzależniona jest od zdolności myślenia, choć odwrotna współzależność jest już mniej oczywista.

Zakup prezentu, który obdarowanemu sprawi prawdziwą radość i będzie jednocześnie niespodzianką, naprawdę nie jest taki prosty, jakby się z pozoru mogło wydawać.

Wiosenna pogoda i dłuższe dni obudziły w nas potrzebę kontaktu z naturą. Oboje z Jackiem, a i Pawełek też, potrzebowaliśmy wystawić nasze blade i zmęczone po zimie buźki na słońce.

ZIMA to typ urody przeważający na kuli ziemskiej, gdyż posiadają ją zarówno Azjaci, Murzyni oraz większość nacji śródziemnomorskiej.

Reklama

Poczta kwiatowa
Radio Roza
niderlandia.org
polonia.be

Galeria

  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka 2012
  • Koncert Budki Suflera
  • Mini galeria 04
  • Bal Gimnazjalistów
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Ani Mru Mru
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Miss Fitness
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Mini galeria 03
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Krakus
  • Bal Karnawałowy 2012

Oni nam zaufali

kuchnia
ing
wbc
rossignol
permis
aaxe
wiewiorka
les delices